|
W końcu przyszły upragnione Święta. Marzec dał nam kilka słonecznych dni, rozbudził apetyty i umożliwił przygotowanie Olandra do żeglowania. Niestety przełom marca i kwietnia nie był już taki ładny i wiele osób zapowiadających udział w Świątecznym rejsie zrezygnowało pod różnymi pretekstami.. Jeszcze na dzień przed rejsem załoga ulegała ciągłym przeobrażeniom ale udało się zebrać prawdziwy "Dream Team". Taklowanie klasycznego żaglowca to spore wyzwanie, a i tak pewności nie ma (mam nadzieje, że pewność nadejdzie w kolejnych sezonach) czy wszystkie liny przełożone są tak jak powinny. Należy to sprawdzić, a nic nie daje takiej możliwości sprawdzenia jak działanie praktyczne. Stąd właśnie pomysł rejsu. Dla wielu była to też okazja do zerwania się z domu przed Świątecznymi porządkami, ale ten aspekt rejsu lepiej przemilczeć!?
Załoga zebrała się w czwartek w samo południe. Kilka minut po szesnastej ruszyliśmy w stronę Zalewu. Silnikowanie po Odrze wykorzystaliśmy na omówienie alarmów i sprawy bezpieczeństwa (nikt chyba nie chciałby znaleźć się w wodzie o takiej temperaturze) Wiał północny zimny wiatr, ale nie zrażeni postanowiliśmy wykorzystać go do nauki stawiania gaflowych żagli. Niby wszystko jak na dezecie, ale od dodatkowych linek: baksztagów, direk, gai, szotów grottopsla, kręciło się w głowie ?zwłaszcza Krzysiowi mianowanemu pierwszym oficerem. Udało się postawić bezana, grota, foka i kliwra (kliwer zdaniem Kleksia i Dawida najciekawszy ?można wchodzić na bukszpryt!) i przez Roztokę Odrzańską wyszliśmy na Zalew. Stawianie żagli to niezła rozgrzewka, ale zachodzące słońce sprawiło, ze niewysoka temperatura zaczęła spadać. Wiedząc, że załoga Kapitana Głowackiego ma ruszać rano z Trzebieży zrobiliśmy zwrot i również postanowiliśmy przeczekać tam noc. Oczywiście nie muszę wspominać, ze to co postawione musiało znaleźć się najpierw sklarowane na pokładzie więc znów załogę czekało trochę gimnastyki. Wieczór było okazją do lepszego poznania się. Gitara poszła w ruch i rozchodziliśmy się do koi dopiero nad ranem.
Plan był ambitny -wstajemy o 4, ale niestety udało nam się zaspać. W nocy niepostrzeżenie za nami zacumował "Horyzont One" -nowa Hansa 400 również od nas z Mariny Camping. Ruszyliśmy przed szóstą i kilka kabli przed Głowackim na silniku po gładkim Zalewie ruszyliśmy w stronę Świnoujścia. Po minięciu główek i przywitaniu się z Neptunem obraliśmy kurs na Bornholm. Zaczął się wyścig z czasem -prognozy mówiły, ze po północy ma zacząć wiać i to z północy. Mieliśmy do pokonania 70 mil w 15 godzin co oznaczało, ze interesują nas tylko prędkości powyżej 4, węzła inaczej może być ciężko. Miało na razie wiać zachodnie 3 do 5 a tymczasem było płasko zatem pierwsze kilka godzin wspomagaliśmy się silnikiem, za to jak koło południa zaczęło dmuchać to Olander rozkręcił się do ponad 7 węzłów ( z maksymalnymi 8,5). Nasze żołądki też się rozkręciły i poznaliśmy co to jest "smak żeglugi". Wieczorem Neptun rozkręcił się na dobre. Wejście po nocy do portu ze zmęczoną załogą wymagało odrobiny sprytu. Latający na wszystkie strony bom, duża fala i hołdy składane za burtę to spore wyzwanie. Udało się na szczęście bez większych problemów i przed północą zacumowaliśmy w rogu basenu portowego Ronne. Godzinę po nas melduje się Horyzont One. My padamy po wyczerpującym dniu a załoga Horyzonta kilka godzin później odbiera cumy od Głowackiego.
Wielka Sobota wita nas deszczem ze śniegiem zacinającym z północy. Po postawieniu bandery i śniadaniu dzielimy się -część z nas nie zrażona deszczem jedzie zdobywać ruiny Hamerhus, pozostali zwiedzają najbliższą okolice. Jest czas na wizyty i rewizyty. Ustalamy, ze śniadanie świąteczne przekładamy na sobotę a w morze wychodzimy o wschodzie słońca w niedziele . Ma trochę zelżeć i dalej wiać z północy -czyli idealnie byłoby popłynąć na Rugię. Na śniadanio -kolacje mamy pomalowane mazakami jajka w karykaturki załogi, ciasta, śledzie i co tylko dusza zapragnie. Znów nadchodzi czas na morskie opowieści?
Niedziela zaczyna się chłodem. Staramy się postawić grota jeszcze w awanporcie -później dopada nas fala chlapiąca na Dawida stawiającego na bukszprycie kliwra. Trzeba uważać bo z żagli spadają bryłki lodu. Wchodząca na pokład chwilami fala zamarza tworząc śliską pułapkę. Na szczęście mamy lajfliny i nic groźnego się nie dzieje. Wschód słońca nad wyspą i kurs na księżyc rekompensują uciążliwości temperatury. Po kilku godzinach przyjemnej żeglugi doganiamy Głowackiego -wyszedł godzinę przed nami. Dostawiają żagle i po chwili zaczynają nam "odjeżdżać". Wyciągamy wszystko co mamy. W góre idą: latacz, grottopsel i bezantopsel. Razem ponad 220 metrów rozpędza nasze 60 ton drewna. Prędkości rzędu 6-7 węzłów, pełny bejdewind i siła ok. 3 -4 Beauforta. Niestety to minimalnie za mało żeby znów dogonić Głowackiego -są od nas o pół węzła szybsi.. Widok kłębiącej się przed dziobem turkusowej wody i klifów Rugii zachęca załogę do wylegiwania się w siatce pod bukszprytem. Brakuje tylko delfinów i może gdyby było trochę cieplej to też byśmy się nie pogniewali?
Cumujemy o 14 tej. 60 mil przepłynęliśmy w 9 godzin!! Niby nie wyczyn, ale jak na 80 letnią łódeczkę to nam się podoba. Obowiązkowy wymarsz na klify i czas na kolacje. Z niepokojem słuchamy kolejnych komunikatów meteorologicznych. Ma wiać i to z południa. Zapowiada się do domu "pod górkę". Decydujemy, ze nie ma na co czekać i po kolacji ruszamy na Świnoujście. "Horyzont One" już tam jest -mają o dzień mniej urlopu niż my więc zrezygnowali z Rugii. Udaje się płynąć przy 2-3 z zachodu aż do samych główek Świnoujścia. Wieje trochę za słabo dla nas i czasami jak prędkość spada poniżej 2 węzłów podpieramy się silnikiem. Chcemy zdążyć przed silnym południowym wiatrem. O świcie w Świnoujściu mijamy Głowackiego który robi sobie krótką przerwę a my planujemy jeszcze odwiedzić Uckermunde na niemieckiej części Zalewu Szczecińskiego. Po wyjściu z Kanału Piastowskiego trafiamy na zapowiadany południowy wiatr. Zaczynamy halsówkę. Przejście przez mielizny na Zalewie utrudnia fakt, że nie są jeszcze wystawione kardynalki. Za to znajdujemy jedną czerwoną dryfującą przy granicy ?zdecydowanie nie w tym miejscu w którym powinna być. Meldujemy to VTS Świnoujście i podchodzimy na żaglach pod same wejście do Uckermunde. Plażowicze robią nam zdjęcia więc mamy dodatkową motywację, żeby klarować żagle idealnie. Cumujemy na dwie godzinki, robimy obowiązkowe zdjęcia "na świniach" -żeliwnych pomnikach w rynku i wracamy na pokład. Nocować planujemy w Trzebieży a to daje nam jeszcze 5 godzin na halsowanie. Załoga co raz bardziej wprawiona jest w zwrotach. Wiatr nie jest specjalnie uciążliwy a my mamy możliwość sprawdzenia jaki jest kąt martwy Olandra. Cumujemy przed zachodem. Jest jeszcze czas na sklarowanie pokładu. Przy okazji jego szorowania przypomina się niektórym, że to lany poniedziałek? Będą miały dziewczyny szczęście!
Wieczorek kapitański zawsze jest okazją do refleksji. Staramy się przeanalizować co nam się podobało, a co moglibyśmy zrobić lepiej. Jesteśmy mocno podbudowani. Nie zrobiliśmy żadnego wyczynu, ale w kilka dni stworzyliśmy zespół który mógłby popłynąć na koniec świata. 9 osób -z których większość przed rejsem się nie znała opanowała tajniki żeglarstwa "po staremu" -z całą masą linek, bez plastiku, sterów strumieniowych. Aktywnie spędziliśmy Święta. Wróciliśmy opaleni i szczęśliwi. Już nie możemy się doczekać kolejnych przygód na starym drewnianym pokładzie!. |